Blog

Spokój w środku chaosu – moja historia z Lizbony

Mam ciekawą historię z Portugalii. Ważną dla mnie, może i Tobie coś powie.
 
28 kwietnia 2025 roku
Tego dnia była największa awaria prądu na południu Europy.
 
Skończyłam ostatni łyk kawy w cudownej kawiarni prowadzonej przez Polkę w dzielnicy Estrela, przy piosence Długość dźwięku samotności zespołu Myslovitz i ciekawej rozmowie z właścicielką.
Usłyszałam, że nie zapłacę kartą, bo nie ma prądu i jest to poważniejsza awaria. Zapytałam gdzie jest najbliższy bankomat. Pracowałam w banku na kasie, rozliczałam i wkładałam pieniądze do kasetek bankomatu, więc wiedziałam, że przy takiej awarii, on od razu nie pada.
 
Lekkim krokiem ruszyłam w jego stronę i wypłaciłam pieniądze. Wracając wskazywałam ludziom drogę do bankomatu. Zapłaciłam za kawę i ciasto, miałam też na obiad.
Stamtąd udałam się do parku poczytać książkę. Leżałam na trawie wśród ludzi czytających jak ja, rozmawiających, śmiejących się z opowieści, spacerujących. Nasycona przygodami bohaterki, zamknęłam książkę i ruszyłam dalej.
 
A dalej było coraz większe zamieszanie na ulicach Lizbony. Ludzie jakoś inaczej zaczęli chodzić, bardziej dynamicznie, dużo napięcia na twarzach, dużo aut na ulicy. Rodzice spieszyli się z dziećmi trzymając je mocno za dłonie, zawieszeni w myślach, albo rozproszeni.
No nie, nie po to tu przyjechałam, żeby oprócz mojego nie wiem, chłonąć ten strach. Stanęłam i zapytałam się siebie co czuję? Ten strach nie był mój! To pytanie zadawałam sobie kilka razy w ciągu tego dnia. Odpowiedzi były drogowskazem co mam robić. Zatem poszukałam miejsca, w którym będę czuła się bezpiecznie i spokojnie tego dnia.
 
Gdzie byście poszli?
 
Ja poszłam na cmentarz. Cemitério dos Prazeres. Miejsce to oferuje spokojną atmosferę i widok na rzekę Tag, to także miejsce historyczne – cytuję internet. Poczułam spokój. Wiłam się alejkami myśląc jakie Ci ludzie mogli mieć marzenia, czego się bali, czego nie zrobili, a w sercu tak bardzo pragnęli. Usiadłam przy czyiś grobowcach i zaczęłam się się mocno uśmiechać.
 
I wiecie co?
 
Z perspektywy tego miejsca, życie mówi żyj! Masz szansę poczuć to życie żyjąc, odważając się! I w tym odczuciu odzywa się mężczyzna, stał na drabinie, zapytał czy chcę owoce które zrywa z drzewa, bo ma już pełne wiadro. Zerknęłam tylko czy dookoła tego drzewa są same mauzolea… tak było, więc z chęcią skosztowałam garść. Słodkie. Zerknęłam na rzekę Tag i stwierdziłam czas iść dalej.
 
Na ulicach coraz większe kolejki do bankomatów, internet padł również i mi, coraz więcej osób przemykało z baniakami wody w obu rękach, tramwaje stały na ulicach, jako pomniki braku prądu. Zaszłam do kolejnego parku. Położyłam się przy mężczyźnie, który cichutko grał na małej gitarze, chyba na ukulele. Czułam spokój, piękno chwili jakie sobie podarowałam i otrzymałam od tego mężczyzny w postaci delikatnej muzyki. Zgłodniałam. Poszłam dalej.
 
Weszłam do restauracji i spytałam czy można coś zjeść. Tak, mamy piec, możemy przygotować rybę z pieczonymi ziemniakami i warzywami, płatność gotówką. Cudnie! To było pyszne. Ciekawe miejsce, język polski w tle w interesującej rozmowie. Uśmiechnęłam się pod nosem, dobrze mi było słyszeć nasz język tego dnia. Podziękowałam za jedzenie i ruszyłam do miejsca, w którym mieszkałam, oczywiście pieszo.
 
Och! Centrum Lizbony było głośne. Wszystko stanęło w jednym momencie. Turyści zwiedzali i fotografowali tramwaje na ulicach, inni stali przed hotelem, gdyż wszystko w nim było na prąd. Większość rozmów jakie słyszałam na ulicach były o braku prądu. Opowiadane były emocjami ubranymi w słowa, energiczną gestykulacją, i niekiedy głośnym pytaniem na twarzach i co to będzie? Ludzie bardzo dużo ze sobą rozmawiali tego dnia. Ten temat połączył wielu. Ukojenie można było znaleźć wśród nastolatków. Oni dużo się śmiali z tej sytuacji, zamknęłabym w słowie – ale czad! Rozładowywali napięcia. I ja także tego dnia wybrałam uśmiech na twarzy.
 
Zaszłam do lodziarni, w której częstowali lodami, za darmo, bo wiedzieli, że już nie da się ich zamrozić. Cudowny marketing. Wracałam tam w kolejne dni.
Stanęłam przed moim budynkiem, zaczepił mnie znajomy z hostelu i rozmawialiśmy. On mówił o swoim życiu w Seattle ja o moim w Beskidach. Nagle unosi się hałas, brawa wylewają się z wąskich ulic centrum Lizbony. Budynek po budynku, piętro po piętrze zapala się światło. My również biliśmy brawo.
Wieczorem rozmawialiśmy o tym, jak każdy przeżył też dzień. Dużo historii, emocji, różne perspektywy. A to był ten sam dzień. 28 kwietnia. Był mocny!
 
Miałam w sobie dużo radości tego dnia, że spędziłam go w spokoju, szukając go w tym mieście i go znalazłam. Byłam dumna z siebie. To był kawał dobrej roboty!
W każdym momencie mogłam skierować uwagę na chaos, który narastał z godziny na godzinę. Bo każdego dnia mamy wybór, podążyć za tym chaosem świata, albo stworzyć własną jakość dnia, odnaleźć to co daje nam równowagę i to na co mamy wpływ. Tak! Nie da się tego zawsze zrobić, życie zaskakuje, ale zawsze możemy się zatrzymać i wybrać.
 
Świadomość co nam pomaga w takich momentach robi dużą robotę i wpływa na jakość życia. Zrozumiałam także, że życie nie czeka na idealne warunki — ono dzieje się dokładnie w takich momentach jak ten dzień. I warto sobie o tym przypominać. Ja robię to teraz.
 
Nie znam sposobu, by zmienić to podejście jednego dnia. Ale wiem, że można się tego nauczyć, wybierając to na czym koncentruję swoją uwagę. Każdego dnia. I to powtarzać

Rozwój jest procesem
spotkajmy się w nim