Blog

W swoim tempie

W swoim tempie – co to właściwie znaczy?

Zwolniłam w wielu obszarach mojego życia. W innych ten proces nadal trwa. Są też takie obszary, w których mam potrzebę przyspieszenia, działania, podejmowania nowych wyzwań. I takie, które już są „moje” i płyną naturalnie. Z perspektywy czasu widzę, że to wszystko nie dzieje się jednocześnie. Jedno zwalnia, by inne mogło przyspieszyć. I to jest naturalny rytm.

Po co zwalniam?

Żebym mogła przyjrzeć się danej sferze mojego życia, samej sobie, moim działaniom, decyzjom jakie podejmuję, co mi służy, co już nie. Czego chcę więcej, a czego mniej. Czego potrzebuję się nowego nauczyć, by zdobyć kompetencje i realizować nowe marzenia – czemu powiedzieć dość.

Do tego potrzebne jest zatrzymanie. Nie da się uważnie obserwować natury, siedząc w rozpędzonym pociągu.

W swoim życiu usłyszałam milion rad dotyczących tego, jak radzić sobie z wyzwaniami. Często od osób, które nigdy nie były w sytuacjach podobnych do moich. Zaczynałam opowiadać, co u mnie, a zanim skończyłam zdanie, już słyszałam: ,,Powinnaś…”. Słuchałam, bo skoro ktoś wyjmuje odpowiedzi z rękawa, od tak, to może rzeczywiście wie.

Jaki był efekt?

Czułam się jeszcze gorzej. Nie potrafiłam wdrożyć tego, co inni przedstawiali jako proste i oczywiste. Dla mnie to była wspinaczka bez asekuracji na K2.

W końcu posłuchałam jednej najlepszej rady – ucz się od tych, którzy są w czymś dobrzy i którzy przeszli przez to co ty przechodzisz. I…bingo!

Zaczęłam doświadczać zupełnie innych rozmów – z osobami, które nie mówią mi, co mam robić. Zamiast tego opowiadają, jak one radzą sobie z przeciwnościami, zadają pytania, otwierają przestrzeń do myślenia. To uczy mnie badania samej siebie, szukania odpowiedzi, własnych myśli, eksplorowania, wyciągania własnych wniosków.

Odpowiedzialności.

Sprawczości.

Bo ci, którzy przeszli przez podobne wyzwania, wiedzą jedno: rad się nie udziela, nie znam ciebie, nie jestem tobą, abym mogła mówić ci jak masz żyć. Mogą kibicować, wspierać, dmuchać w skrzydła, ale nie ratować i nie ustawiać życia za drugą osobę. Wierzą, że każdy ma zasoby i pójdzie na przód w swoim tempie.

Dlatego pokochałam coaching.

W coachingu nie ma rad. Jest przestrzeń na słuchanie. Mówi się wręcz, że dawanie rad to ryzyko ponoszone kosztem klienta.

W coachingu odkrywamy siebie dzięki szukaniu własnych odpowiedzi na zadane pytania. One nie naprawiają — one otwierają drzwi. Zapraszają do wglądu, eksploracji, do odnalezienia własnych odpowiedzi. I często (jestem oszczędna używając słowa „często”) to, co wypowiadamy podczas sesji, słyszymy… po raz pierwszy w życiu. To otwiera przestrzeń do samopoznania. Zachwytu tym, co już wiemy o sobie, ale siedziało głęboko w nas.

Coaching nauczył mnie, że każdy z nas jest pełen zasobów, aby zmierzyć się z tym, co domaga się naszej uwagi. Narzędzia — pytania, praca wewnętrzna, różne formy pracy — pomagają te zasoby wydobyć. Rozwija nieustannie – zarówno klienta, jak i coacha. Daje przestrzeń na słuchanie, obserwowanie i bycie. Tam nie ma presji. Presja zostaje za drzwiami. Albo – jeśli się pojawia – klient umie ją zauważyć, poczuć i wybrać to, co chce z nią dalej zrobić.

W swoim tempie, czyli zgodnie ze sobą.
Jeżeli jest coś co puka teraz do drzwi Twojej uwagi, chcesz się czemuś przyjrzeć zapraszam Ciebie na spotkanie wstępne. Porozmawiamy i sam/a zobaczysz, czy coaching jest tym, czego teraz potrzebujesz. Napisz proszę do mnie skrzynkę samopoznanie.skrzynka@gmail.com.

Rozwój jest procesem
spotkajmy się w nim